Misja ks. Adama na Kubie

Informacja pobrana z parafiachk.bialystok.pl – Misja ks. Adama na Kubie

U mnie wszystko w porządku! P.S. Co to jest huragan?

Minął tydzień nieco inny od wszystkich. Od jakiegoś czasu trwały przygotowania do cyklonu, który miał przyjść. Wszystko nabrało rozpędu, kiedy zaczęto ewakuować ludzi z domów na wsi i na terenie pagórkowatym. Wykorzystałem ten czas, aby spotkać się z ewakuowanymi i wysłuchać ich historii i potrzeb duchowych i materialnych także. Człowiek potrzebuje być wysłuchany i zauważony. Czasami traktujemy biednych i potrzebujących zbyt instrumentalnie – pomóc i koniec, zapominając, że pierwsze są potrzeby ludzkie i duchowe.
Ewakuowałem salki katechetyczne – te pięknie odnowione, pomalowane z obrazkami dla dzieci. Nocą wdarła się tam woda, w czasie huraganowym dużo i intensywnie pada. Wyszedłem, nie mogłem patrzeć jak niszczeje ,,moje dzieło’’. Uroniłem nawet łezkę jak woda była w salkach po kolana i pomyślałem: ot ty stary durniu, przyleciałeś tu salki malować i domy stawiać? Przecież nie znasz się na tym (pomijając, że księża nie tylko znają się na wszystkim, ale znają się na wszystkim lepiej… hmmm prawie jak żony…), więc buduj Kościół. I poszedłem odwiedzać ludzi… hmm ewakuowałem 12 osób do siebie… 12 osób… jak Apostołów… głównie starsi i schorowani, samotni i miałem z nimi rekolekcje i gotowaliśmy razem… dodam, że 9 z nich nie miało nic wspólnego z Kościołem… Tak przestałem myśleć o salkach, a zacząłem o moich apostołach, co by nie namokli zbytnio… Prawie jak w Decameronie wsłuchiwałem się w ich życie i historie trudne, piękne, normalne i mniej normalne. Bez oceniania, przykładania miarek, patrzenia na zegarek (w sumie to ja nie mam zegarka, jakby ktoś myślał nad prezentem świąteczno-imieninowym 🙂 ). Dziwne, inni ludzie, nieznani, a stali się tacy bliscy. O błogosławiony huraganie!
Wspólne mieszkanie trwało dwa dni, później wrócili do swoich domów. Huragan w tej części wyspy przebiegł wyjątkowo spokojnie. Brakowało prądu, telefonu przez dwa dni… kilka zerwanych dachów, połamanych drzew… Wielkie szkody wyrządził jakieś 200 km ode mnie w Baracoa. Wielu ludzi bez domów, bo wszystko porwał huragan. Teraz organizujemy pomoc dla nich. Więc jak zwykle moje oszczędności sięgają dna, ale to błogosławione dno, bo od niego się wszystko zaczyna i gdy jest już prawie źle, dzieje się coś niezwykłego. Pan Bóg ma dużo pieniędzy… hmm i dla mnie ich na razie nie skąpi.
Trwają kolejne projekty budownicze domów, kończę już drugi dom… przy czym z każdą położoną cegłą uchodzi trochę cierpliwości…. bo to cegły ukradną sąsiedzi, a to cement zmieszany i się słabo klei… a to współpracownicy zabalowali… jednego nawet na imprezie budowlanej maczetą zabili… ale nie o cegły poszło, ale o kobietę…
Tworzę ludziom miejsca pracy, po urządzeniach do malowania paznokci kobiecych kupiłem zamrażarkę, dzięki której matka z trójką dzieci ( jedno z nich ma zespół Downa ) będzie mogła pracować i sprzedawać lód i lody. Wielka to radość przejeżdżać obok i widzieć jak wraca radość z życia. I przy tej całej bezsensownej dyskusji o aborcji trzeba ocalać człowieka nie gadaniem i komunikatami, ale konkretem.
Odwiedzając chorych dziękuję Bogu za wszystko, co mam. Ilu z nich śpi na słomie nie mając swojego materacu. Moja nowa akcja to kupowanie materacy dla obłożnie chorych. Materac zwykły z gąbki z pokrowcem i ceratą to koszt 80 euro… A ile radości widzieć śpiącego na czystym łóżku staruszka…
Rozpoczęliśmy nowy rok z nowymi pomysłami i osobami. Szukam ciągle nowych pomysłów dotarcia do nowych ludzi. Priorytety to katechizacja wszystkich, taka niedzielna, katecheza dzieci oraz troska o współpracowników. I więcej bycia na kolanach osobistego i wspólnotowego, bo albo jesteśmy Jego, albo to wszystko do niczego nie służy.
Z czasem nabieram chytrości kościelnej w pertraktowaniu z biskupem. Trzeba odkryć słabości, aby wiedzieć, gdzie uderzyć, oczywiście wszystko w dobrej wierze… Moja taktyka nazywa się nigdy trzy razy NIE. W czerwoniźmie nawet biskupi mentalnie tkwią, więc papierokracja i oczekiwanie… cóż z cierpliwością to nie idzie mi najlepiej… Do biskupa należy wchodzić z miną smutną i udawać lekko niedorozwiniętego… zapytać jak się czuje i powiedzieć, że wszystko całkiem dobrze… i ze spuszczoną głową (musi zauważyć, że coś jest nie tak) poprosić o dwie rzeczy, których spełnić nie może teraz albo w ogóle… odpowie dyplomatycznie albo jedynie pochrumka… trzeba przywyknąć… jak już poczuje się z tym źle, że odmawia dwukrotnie… przedstawić nieśmiało trzecią prośbę, o którą mi w tym momencie chodzi… nawet najbardziej twarda sztuka powie tak… Od wilgoci zepsuł się komputer… potrzebowałem myszki do mniej popsutego, aby w miarę możliwości działał… Myszki kupić się da, bo nie i kropka.
Udaję się w podróż do biskupa i jak to u biskupa wszystko staje się problematyczne i trudne…
Wchodzę i siadam, zapytowuję serdecznie o zdrowie (sam też zakaszlam, żeby nie czuł się obco i gorzej) i mówię jak to wszystko pięknie kwitnie w parafii… Przechodzę do taktyki: nieśmiało pytam, na wszelki wypadek ze spuszczoną głową kiedy Padre ( Biskupie) zmienisz mi samochód (zdanie niewykonalne), bo ten sprawia, że przed każdym wyjechaniem z domu muszę przyjmować namaszczenie chorych na wypadek śmierci… Biskup po chrumknięciu odpowiada mową kościelną o trudnościach chcąc nieudolnie powiedzieć nie da się… Spuszczam jeszcze bardziej głowę i szukam drugiego nie… kiedy naprawią mi dzwon i dzwonnice, bo zalewa się deszczem obfitym… Biskup już nie tylko chrumknął, ale i brwi pogładził i przetarł czoło i powiedział tak, tak kiedyś na pewno, ale tyle spraw ważniejszych…
Czas na atak i trzecie pytanie, które wszak pierwszym być miało – potrzebuję myszki… Ależ wydaje mi się, że Padre dziś nie w humorze (tu spodziewać się reakcji odwrotnej), więc już więcej nie pytam… ale żebym tak nie wracał do domu z niczym mam prośbę prywatną… potrzebuję myszki do komputera, ale rozumiem Padre nie w humorze, nie ma, nie może, musi zapytać o zdanie w magazynie (spodziewać się reakcji na obnażenie słabości władzy)…. I gdy zaczynam wychodzić Biskup wstaje z kluczami i prowadzi prosto do magazynu…. a jednak może… i triumfalnie wręcza mi nowoczesną myszkę pytając jeszcze niebieską czy czerwoną… z przekory wybieram niebieską i uśmiecham się głupawo aczkolwiek wdzięcznie… I co można uszczęśliwić Biskupa w taki prosty sposób? Można, ale nie byłbym to ja, gdybym nie wykorzystał okazji, wszak jesteśmy w magazynie. Pierwszy raz bez trzech kopii papierów, trzech podpisów i wielu tłumaczeń… Spoglądam na papier do drukowania i super mazaki takie grube, chyba jakieś zagraniczne… Biskup już światło gasi widząc blask w moich oczach, więc dodaję: Pamięta biskup moje dzieci w Charco, co tak ładnie odpowiadały na pytania… nie mają czym pisać, da Padre trzy mazaki proszę… i patrząc w oczy biorę je do ręki i mówię: Gracias Padre! Cóż, wszak gwałtownicy zdobywają Królestwo Niebieskie dodaję: Papier też się przyda i nie patrząc w oczy Biskupa biorę ryzę i żegnam się z Biskupem. Takie małe radości z życia misjonarza.
Jak zawsze z wdzięcznością za Wasze serce i dobroć przedstawiam mały raport wydatków.

Lista wydatków z hojnych ofiar moich przyjaciół sierpień – wrzesień ( w euro ):

wydatki zwyczajne:
żywnościowe z dużą dostawą prawdziwego mięsa – 180
paliwo i transport – 230

wydatki związane z duszpasterstwem
wakacje w parafii dzieciom – 340
rekolekcje młodzieży – 230
spotkanie i rozpoczęcie roku katechetycznego – 134
pielgrzymka do el Cobre – 55
zjazd księży Polaków – 90

wydatki budownicze:
dokończenie domu – 100
budowa domu – 370
utworzenie miejsca pracy matce z dziećmi – 605

inne:
środki czystości chorym – 50
lekarstwa – 68
wózek dla dzieci – 80

To wszystko z tych drobnych wielkich ofiar więc w tym miesiącu modlę się za Was we Mszach Świętych.
W przyjaźni i z wdzięcznością Adam

Jiguani 8 października 2016


Podziel się na:
  • Digg
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Blip
  • Blogger.com
  • co-robie
  • Dodaj do ulubionych
  • Drukuj
  • email
  • Gadu-Gadu Live
  • Grono.net
  • Twitter
  • Ulubione
  • Wykop
  • Śledzik